niedziela, 31 lipca 2016

Rozdział 13



   
   Hermiona obudziła się z krzykiem. Znów koszmar. Od początku roku szkolnego śnił jej się ten sam koszmar. Dziewczyna nawet zastanawiała się czy może być to jakaś wizja, ale szybko stwierdziła że jednak to niemożliwe. Miała masę zmartwień i nauki żeby jeszcze myśleć nad znaczeniem snów. Wstała i poszła do łazienki. Przyzwyczaiła się już do nieobecności Malfoy’a  w ich dormitorium, bo ten ciągle przebywał w skrzydle szpitalnym. Gryfonka, nie wiedząc czemu, strasznie się o niego martwiła, a po wczorajszej rozmowie z profesor McGonagall i profesorem Snapem już wiedziała co może zrobić by ślizgon wyzdrowiał-wyruszy  na wycieczkę do Japonii i zdobędzie kwiat. Chciała wyruszyć pod koniec stycznia by móc spokojnie szukać rośliny.
   Nacisnęła na klamkę lecz ta nie ustąpiła. Hermiona wystraszyła się, że ktoś mógł włamać się do dormitorium kiedy spała. Po cichu, by nie zdradzić swojej obecności wróciła do pokoju, wzięła z szafki nocnej różdżkę i podeszła jeszcze raz do zamkniętych drzwi. Już miała rzucić alohomorę, kiedy usłyszała po drugiej stronie szczęk otwieranego zamka. Szybko doskoczyła do tyłu i gdy tylko drzwi się otworzyły rzuciła zaklęcie.
- Drętwota!- ,,włamywacz” nie zdążył uniknąć zaklęcia i runął na podłogę nie mogąc się poruszyć.
   Dziewczyna podeszła do ,,Nie, ja mam chyba jakieś omamy. To nie może być ON. No bo niby jakim cudem?” leżącego na ziemi współlokatora, który mierzył ją, charakterystycznym dla jego osoby, lodowatym spojrzeniem. Gryfonka uśmiechnęła się przepraszająco i zdjęła zaklęcie.
- Granger ja ci kiedyś naprawdę coś zrobię! Czy człowiek już nie może skorzystać z własnej łazienki we własnym dormitorium?!
- Ale co ty tu w ogóle robisz? Nie powinieneś leżeć w skrzydle szpitalnym?
- Tak długo im uprzykrzałem życie, że Pomfery się nade mną zlitowała i wypuściła mnie wreszcie.  Mówiła coś, że mam się zbytnio nie denerwować i uważać na swoje zdrowie bla bla bla. Widzisz Granger, mam się nie denerwować a ty tylko wstałaś i już ludzi atakujesz. Trzeba cię gdzieś zamknąć, bo jesteś zagrożeniem dla wszystkich, a zwłaszcza dla mojej osoby. W ogóle fajną masz fryzurę, strach na wróble by pozazdrościł ci takiego siana.
- Ha ha bardzo śmieszne, Malfoy. Uczesałabym się ale KTOŚ zajął mi łazienkę.- obdarzyła chłopaka morderczym spojrzeniem.- I nie możesz lekceważyć twojego stanu zdrowia.
- Taak? A to niby czemu? Czyżbyś się o mnie martwiła? Czuje się dobrze i nikt nie będzie mi mówił co mam robić, zwłaszcza ty.
- Ja o ciebie się martwić? Pfff, chciałbyś. Ja po prostu nie będę sama przygotowywać balu bożonarodzeniowego, dlatego nie chce żebyś znów wylądował w szpitalu.
- Ta jasne. Dobrze wiem o co ci naprawdę chodzi. Koniec pogaduszek Granger, pora iść na śniadanie.- powiedział i zniknął za drzwiami swojego pokoju.
***
   Dwie osoby spotkały się w starej klasie do eliksirów, by omówić szczegóły ich planu. Dziewczyna siedziała na jednym z biurek i czekała na informacje które miał przekazać jej wspólnik. Musieli być ostrożni, jeden fałszywy ruch i wszystko się wyda.
- Już wyszedł.
-Więc nasz plan zaczniemy jeszcze dziś.
-Zdobyłaś TO?
-Tak.
Wymienili między sobą ironiczne uśmiechy i wyszli z klasy niezauważeni. Wieczorem wcielą swój plan w życie.
***
   Hermiona wyszła z łazienki gotowa do wyjścia. Zdziwiła się gdy zobaczyła swojego współlokatora opierającego się o ścianę niedaleko wyjścia i co chwila spoglądającego na zegarek. Zauważył ją dopiero kiedy zamknęła drzwi.
- Granger ileż można na ciebie czekać. Jak można godzinę czesać włosy? Zawsze myślałem, że to ja siedzę długo w łazience, ale chyba się myliłem. Uczesałaś ty w ogóle te włosy?
- Tak Malfoy, uczesałam. Kobiety potrzebują więcej czasu na wyszykowanie się, a poza tym, ja ci nie kazałam na siebie czekać, mogłeś iść. –Draco przewrócił oczami.
- Człowiek chce być raz w życiu miły, a ty nie okażesz nawet odrobiny wdzięczności. Chodź, bo zaraz spóźnimy się na to śniadanie.-powiedział i ruszył wąskim korytarzem w stronę portretu zostawiając kasztanowłosą w tyle. Ta tylko uśmiechnęła się z aprobatą i pobiegła za współlokatorem.
***
   Draco wrócił po kolacji do dormitorium. Zmęczony po całym dniu nadrabiania materiału chciał się wykąpać i iść spać, ale nie wyszło. Gdy wszedł do swojego pokoju, przeżył szok. Wszystko wokół było zniszczone, a na samym środku łóżka leżała jego ukochana, teraz połamana, miotła. „To na pewno nie wyglądało tak jak z tond wychodziłem” pomyślał i pierwsze co przyszło mu na myśl to Granger.
- GRANGER, JUŻ NIE ŻYJESZ!!! –wydarł się i wparował bez pukania do pokoju gryfonki. Hermiona podniosła głowę znad książki i już miała pouczyć ślizgona o tym, że ma pukać zanim wchodzi, kiedy zobaczyła że jest nieźle wkurzony. Spojrzenie arystokraty było lodowate, a na jego twarzy malowała się wręcz furia.
- PO CO ZDEWASTOWAŁAŚ MÓJ POKÓJ! PO CO TAM W OGÓLE WCHODZIŁAŚ!? Czy ja wchodzę do twojego? NIE! Więc do cholery za co?! Przecież nawet byłem miły!- zaskoczona dziewczyna nie wiedziała o czym mówi ślizgon, nie wiedziała co ma powiedzieć.
-Malfoy, ale ja nie…- zaczęła się tłumaczyć ale chłopak jej przerwał.
- Nie ma żadnych ,,ale”! Nienawidzę cię jeszcze bardziej niż wcześniej Granger! Słyszysz! NIE-NA-WI-DZĘ! Nigdy więcej nie chce mieć z tobą styczności!– wysyczał przez zaciśnięte zęby i powstrzymując się przed uderzeniem dziewczyny, wyszedł trzaskając drzwiami. Wrócił do swojego pokoju i zaklęciem podniósł z ziemi wszystkie pergaminy, książki, gazety, naprawił połamane meble, zasłony i łóżko, powiesił ubrania do szafy i zmył wszystkie groźby i wulgaryzmy napisane czerwoną farbą na ścianach: ,,Pożałujesz tego!”, ,,Śmierciożerca  zawsze zostaje śmierciożercą”, ,,Nic nie warte ścierwo”, ,,Wkrótce zginiesz” i tym podobne. On zbytnio nie przejął się tymi rzeczami, bardziej martwił się o swoją miotłę. Niestety, nie udało mu się jej odratować. ,,Niech to szlag, cholerna Granger!” Zdenerwowany poszedł do salonu, wyciągnął z barku butelkę Ognistej Whisky, napełnił szklankę i opróżnił ją w sekundę, by za chwilę powtarzać tę czynność przez całą noc.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ale ja wam życie utrudniam :D hihi^^ pozdrawiam! ;)

niedziela, 17 lipca 2016

Rozdział 12



  
  
   Następnego dnia Hermiona została wezwana w trakcie lekcji do gabinetu dyrektorki. Dziewczyna zastanawiała się całą drogę, czy zrobiła coś złego? Stanąwszy przed posągiem chimery, wypowiedziała hasło i weszła na schody. Chciała zapukać do drzwi, ale te same się otworzyły zanim jej ręka ich dotknęła. Weszła do środka.
-Pani dyrektor mnie wzywała, czy coś się stało?- zapytała i usiadła na wskazane przez kobietę miejsce naprzeciwko biurka.
-Tak panno Granger, wiemy już jak nazywała się klątwa którą dostał pan Malfoy. Zaraz powinien tu być profesor Snape, który wszystko nam wyjaśni.- dodała dyrektorka widząc, że gryfonka chce się dowiedzieć czegoś więcej. Kasztanowłosa skinęła głową i chyba pierwszy raz w życiu, czekała z niecierpliwością na przybycie mistrza eliksirów.
   Po kwadransie do komnaty wszedł Severus niosąc w rękach stosy pergaminów, listów i Merlin wie czego jeszcze. Położył niezbyt delikatnie papiery na biurko i usiadł w fotelu obok Hermiony, wyraźnie czymś zaniepokojony i zdyszany. McGonagall wyczarowała dla niego szklankę z wodą. Nauczyciel upił kilka łyków, po czym odstawił szklankę i skierował swój wzrok na starszą kobietę.
-Najmocniej przepraszam za moje spóźnienie, ale miałem pewien kłopot z bandą pierwszoroczniaków lewitujących kotkę pana Filcha i jego samego.-Dyrektorka zaniepokojona zajściem, wstała z fotela z zamiarem interwencji kiedy przeszkodził jej nietoperz.
-Nie trzeba, już rozdałem im szlabany i odjąłem punkty.- kobieta uspokojona wróciła na swoje miejsce. Hermiona przyglądała się tej sytuacji, ale myślami była daleko z tond. Ucieszyła się na wieść o rozpoznaniu zaklęcia, a co za tym idzie- także sposobu leczenia. Jednak coś było w tym dziwnego, a na dodatek te spojrzenie profesora Snape'a. Ono wyglądało tak jakby stracił całą nadzieje na uratowanie ślizgona. Wróciła do rzeczywistości gdy nauczyciel zaczął opowiadać czego się dowiedział.
- Lignum aridum* to jeden z najgroźniejszych uroków czarnomagicznych. Zawsze trafia prosto w serce, czym powoduje utratę przytomności. W czasie gdy ugodzona zaklęciem osoba jest w śpiączce, zaklęcie tworzy drewniany kokon dookoła serca (wewnątrz ciała) i wrasta w nie wypuszczając jakby korzenie. Urok rozrasta się tworząc takie same kokony na żyłach i tętnicach w całym ciele. Trwa to bardzo długo, chociaż trochę mniej niż wzrost prawdziwego drzewa. Kiedy zaklęcie pochłonie cały układ krwionośny, tak jak w prawdziwym drzewie gdy coś usycha najpierw schnie to przez co przechodzi woda, czyli przez drewno/łodygę, tak samo u człowieka wysychają wszystkie żyły i narządy z nimi połączone. Mówiąc prościej, całe ciało wysycha i usycha. Tak jak roślina która już całkiem uschła- zamienia się w pył.- przez cały swój monolog, Snape pokazywał im różne zdjęcia, notatki, listy oraz wiele innych dowodów, które mówiły, że jego teza jest prawdziwa. Gryfonka zasłoniła ręką twarz, żeby ukryć szloch. Dziewczyna wyobrażając sobie usychającego współlokatora, poczuła żal i smutek. Choć nienawidziła arystokraty za to co robił jej każdego dnia przez siedem lat, ale przez te ostatnie miesiące przyzwyczaiła się do jego towarzystwa i nie chciała by ślizgon skończył w taki sposób. Można powiedzieć, że odczuwała do niego coś w rodzaju tolerancji, sympatii. W czasie gdy Hermiona próbowała się uspokoić, McGonagall zwróciła się do mistrza eliksirów:
-Severusie, czy można w jakiś sposób uratować pana Malfoya? Jest jakiś lek lub zaklęcie?
-Z tego co wiem jest tylko jeden sposób, by odwrócić działanie uroku. Istnieje pewien kwiat, z którego mógłbym sporządzić odpowiedni eliksir. Receptura wywaru jest bardzo skomplikowana i potrzeba dwóch miesięcy do sporządzenia eliksiru.
-A więc sprawa załatwiona. Pan sporządzi eliksir dla Dracona, a my....
-To nie będzie takie proste.- wtrącił Snape.
-Słucham? A niby dlaczego?
-Ten kwiat rośnie tylko w mugolskiej części Japonii. Jest bardzo cenny, drogi i ciężko go zdobyć.
-Jak nazywa się ten kwiat?
-Aquilegia**. Rośnie w górach w Japonii, ma białe lub niebieskie płatki i kwitnie w lutym. Do tego czasu choroba może się znacznie rozrosnąć, a w dodatku potrzeba dwóch miesięcy na sporządzenie eliksiru. Nie wiem czy to nie będzie za późno.
   W gabinecie zapadła cisza, którą przerywało tylko tykanie zegara. Każdy siedział przeglądając notatki profesora zagłębiony w swoich własnych myślach. Nagle McGonagall wstała z fotela.
-To nic, będziemy musieli spróbować chociaż tego. To nasza ostatnia nadzieja. A teraz muszę was przeprosić ale mam ważne spotkanie w Ministerstwie i nie chciałabym się spóźnić.- zrozumieli, że kobieta chce żeby poszli do siebie, więc spełnili tę prośbę i opuścili jej gabinet wracając do swoich zajęć.
***
   Harry siedział w swojej celi i przepisywał księgę. Szło mu to bardzo powoli bo księga była napisana po łacinie, a niektóre fragmenty były nie do odczytania albo były starte. ,,I jak ja niby miałem się z tego cokolwiek dowiedzieć?!" Gryfon zirytował się tym, że ma do dyspozycji tylko jeden marny słownik, a w dodatku nie wie jak się z tond wydostać. Próbował już wszystkiego, nawet chciał kopać ale ziemia była tak twarda, że pozdzierał sobie dłonie do krwi, a postępów jak nie było tak nie ma. Próbował też zaatakować strażnika kiedy przynosił mu jedzenie, ale oberwał cruciatusem i zabrano mu jego jedyny posiłek. ,,Oby oni byli warci tego wszystkiego co wycierpiałem." pomyślał i upił łyk wody z kranu którą mu przynosili. Nawet nie wiedział ile tu siedzi, czy jest noc czy dzień i po co śmierciożercom są oni. Jego rodzice. W liście który przyniosła mu sowa pisało, że jego rodzice tak naprawdę nie zginęli tylko uciekli. Zanim śmiercionośne zaklęcie ich dosięgło zdążyli się teleportować. Jego matka zaklęciem tarczy obroniła Harry'ego i zniknęła. ,,Dlaczego wszyscy mówili mi, że oni nie żyją. Czemu?!" Tego nie wiedział. Obecnie przepisywał księgę z ich życiorysem, jednak zmieniał najistotniejsze informacje by śmierciożercy nigdy nie znaleźli i nie wykorzystali jego rodziców....
***
   ,,Mogliby mnie nareszcie wypuścić z tego skrzydła szpitalnego. Nic mi przecież nie jest!" Draco siedział zdenerwowany na swoim łóżku w szpitalu. Czuł się względnie dobrze, nic go nie bolało, a wszystkie rany i siniaki się zagoiły. Tylko czarne ślady na jego torsie nie chciały zniknąć, wręcz przeciwnie- przybywało ich. Ślizgon zmartwił się tym trochę, ale przecież ,,Po to jestem w szpitalu żeby mi to wyleczyli." 
   Codziennie odwiedzał go Blaise i Nott, żeby dotrzymać mu towarzystwa, bo tylko on ze wszystkich którzy byli w tedy w Hogesmeed został tak długo. Przychodziły też ślizgonki z Parkinson i Greengrass na czele, ale w tych sytuacjach miał jedną, aczkoliek skuteczną metodę pozbycia się ich:
-Pani Pomfery!!!- wystarczyło tylko to. Pielęgniarka przybiegała natychmiastowo i wypędzała gości bo ,,pacjent musi odpoczywać w spokoju." ,,Jednak ona się na coś przydaje." Zaśmiał się chłopak gdy kolejny raz został sam. Martwiło go też, że nie chcą mu powiedzieć co mu jest. Za każdym razem kiedy pytał o to pielęgniarkę, ta zbywała go słowami ,,Nie wiem, musisz teraz dużo odpoczywać." i odchodziła do tego swojego pokoiku.
   Wracając do gości, czasem przychodziła też Granger przynosząc mu notatki z lekcji i proroka codziennego. Tłumaczyła się tym, że McGonagall kazała jej to robić, ale on wiedział, że dziewczyna i tak by przychodziła pod jakimś pretekstem byle by tylko z nim posiedzieć. Przywiązali się do siebie i tyle, nic innego między nimi nigdy by nie zaszło. 
   Od natłoku myśli rozbolała go głowa. Sięgnął po eliksir przeciwbólowy i słodkiego snu. Zażył oba i ułożył głowę na poduszkach odpływając do krainy snów. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 *Lignum aridum (tłum. łac.)- wyschnięte drzewo
**Aquilegia- wszystkie informacje podane wyżej o tej roślinie są prawdziwe oprócz kwitnięcia (roślina kwitnie w maju, ale potrzebowałam przyśpieszyć datę bo mam jeszcze dużo planów na ten rok szkolny w Hogwarcie ;) )

Pozdrawiam i proszę o komentarze! c: