Hermiona obudziła się w skrzydle szpitalnym.
Otworzyła oczy, ale oślepiona jasnością jaka emanowała w pomieszczeniu, od razu
je zamknęła. Mrugała jeszcze chwilę aż przyzwyczaiła się do bieli i promieni
słonecznych za oknem.
-Co jest? Gdzie ja jestem?- pomyślała
gryfonka. Próbowała usiąść, ale zaczęła ją strasznie boleć głowa i ramiona.
Widząc poczynania dziewczyny, pani Pomefry szybko do niej podeszła.
-Dziecko drogie, nie wstawaj,
teraz musisz dużo odpoczywać.
-Co się stało? Dlaczego leżę
w skrzydle szpitalnym? I czemu tak strasznie boli mnie głowa?!- przez to że
krzyknęłam jeszcze bardziej mnie wszystko boli. Pięknie!- pomyślała i
westchnęła z bezsilności.
-Nie pamięta…..- powiedziała
pod nosem pielęgniarka- Drogie dziecko, śmierciożercy napadli na Hogesmed. Wyrządzili
wiele szkód, niszczyli wszystko co znaleźli na swojej drodze. Zabijali
wszystkich czarodziejów pół krwi i tych nieczystej krwi, albo rzucali jakieś
paskudne uroki czarno magiczne.- Westchnęła i rozejrzała się po szpitalu.
Prawie wszystkie łóżka były zajęte.- Jesteś tutaj za sprawą aurorów którzy
zjawili się w wiosce zaraz po tym jak śmierciożercy zniknęli zostawiając za
sobą mroczny znak.- kobietę przeszedł dreszcz obrzydzenia i pomogła Hermionie
usiąść- Aurorzy przenieśli wszystkich uczniów do zamku na szczęście wszyscy żyją.
Niektórzy są tylko poobijani tak jak ty, niektórzy dostali jakąś klątwą- tym
zajmuje się profesor Snape i profesor McGonagall, a kilka osób oberwało urokami
czarno magicznymi- mówiąc to pielęgniarka przeniosła wzrok na łóżko obok
posłania Hermiony. Leżał na nim Draco. Miał bandaż na głowie i był cały siny.
Hermiona się wystraszyła i zapytała
-Co się z nim stało? Czy on z
tego wyjdzie?- Merlinie czemu ja się o niego martwię?! A co jak to coś
poważnego?
- Z tego co wiem to osłonił cię przed zaklęciem i
trafiło w niego. Nie wiem czy z tego wyjdzie, jego stan jest bardzo ciężki…- pelęgniarka uśmiechnęła się ponuro i odeszła, a Hermiona zaczęła sobie wszystko
przypominać. ,,To wszystko przeze mnie…to we mnie miało trafić to zaklęcie….a co
jak on z tego nie wyjdzie….O Godryku!"- pomyślała i zakryła ręką usta, a po jej policzku
potoczyła się samotna łza.
Dziewczyna po kilku dniach wyszła ze skrzydła
szpitalnego. Wszystkie rany się zagoiły i głowa już jej nie bolała, ale mimo to
dziewczyna nie czuła się dobrze. Cały czas dręczyły ją wyrzuty sumienia i
niepokój. Całe dnie chodziła smutna i zamyślona i nic nie poprawiało jej
humoru. Nikt nie wiedział co się z nią dzieje. Jadła mało, ciągle siedziała w
swoim dormitorium, przestała się zgłaszać na lekcjach i z nikim nie rozmawiała, chyba, że z
nauczycielem, gdy o coś pytał, co rzadko się zdarzało.
***
Schodziła właśnie do Wielkiej Sali na
śniadanie. Lekcje zostały odwołane do końca tygodnia z powodu pobytu dużej
ilości uczniów w skrzydle szpitalnym. Minął tydzień odkąd wyszła ze szpitala.
,,Ciekawe czy Malfoy już się obudził? A co jak już się nigdy nie obudzi? Albo co
gorsza… nie, nie mogę myśleć w ten sposób, muszę myśleć pozytywnie. Tak.
Niebawem się obudzi i wszystko będzie tak jak przedtem… a jeśli nie…? Co
jeśli straci pamięć, albo na coś zachoruje? O Godryku, to wszystko moja wina!-
Hermionę nawiedzały złe myśli na temat stanu zdrowia ślizgona. Szła i rozmyślała nawet nie zauważając kiedy usiadła przy stole pomiędzy
Ginny i Ronem. Naprzeciwko niej siedział Harry.
Panowała napięta atmosfera, ale Ron chyba nie
zdawał sobie z tego sprawy i jakby nigdy nic jadł płatki jak to zawsze miał
w zwyczaju był przy tym bardzo ,,kulturalny” i czytał proroka codziennego,
co chwila coś komentując. Już dawno zapomniała o tym, że jej chłopak nic sobie
nie robi z tego, że wszyscy zachowują się inaczej niż zwykle i robi to co mu
się podoba. Za to Chłopiec-Który-Przeżył nawet nie spojrzał na Ginny, która z
uwagą wpatrywała się w swój pusty talerz. ,,Co im się stało? Przecież zawsze chodzili tacy
uśmiechnięci i uśmiechnięci…. Chociaż... Na
Merlina, jak mogła zapomnieć! Wtedy kiedy Malfoy'a odurzył eliksir miłosny, widziała
jak Ginny kłóciła się z Harrym, walnęła go w twarz i cała zapłakana
uciekła w stronę wieży Gryffindoru. Przez Malfoy'a i jego przymilanie się
kompletnie olała swoich przyjaciół i chłopaka, a teraz jeszcze ma wyrzuty
sumienia, że dostał tym urokiem chroniąc ją. ,,Odwiedzę go po śniadaniu i
zobaczę czy się obudził, a wieczorem zaproszę do siebie Ginny żeby pogadać"- w
tym momencie jej rozmyślania przerwało pytanie Harry’ego:
-Miona czemu nic nie jesz?
Siedzisz i nawet nie mrugasz. Coś się stało? Ciągle chodzisz jakaś taka
przygnębiona. Czy to z powodu tego napadu na Hogesmeed?- on ma rację, muszę coś
zjeść i przestać się tym wszystkim tak
przejmować. Nałożyłam sobie na talerz dwa tosty i zaczęłam je smarować dżemem.
-Tak, ciągle się martwię o
wszystkich rannych, o to że może być jeszcze gorzej niż wtedy w Hogesmeed, o OWTM-y… to już mnie chyba
zaczyna przerastać.
-Nie martw się wszystko
będzie dobrze- odezwała się Ginni i przytuliła przyjaciółkę.
-Mam taką nadzieję.
***
***
Po śniadaniu gryfonka poszła do skrzydła szpitalnego.
Gdy stanęła przed wielkimi drzwiami i chciała już zapukać, na myśl nasunęło jej się pytanie: A co jak mnie nie wpuszczą? Westchnęła i zapukała. Po chwili
ciszy uznała, że chyba może wejść, więc otworzyła powoli wielkie, ciężkie drzwi i weszła do
środka.
W Sali było cicho, a wszystkie posłania były
oddzielone od siebie parawanami. ,,Pewnie jeszcze śpią"- pomyślała i wolnym
krokiem zaczęła iść w stronę ostatnich łóżek po lewej stronie. Malfoy leżał na
ostatnim, przy oknie. Delikatnie odsunęła zasłonkę i zasunęła ją za sobą gdy
usiadła na małym krzesełku przy posłaniu chłopaka.
Przeraził ją jego widok. Był strasznie
blady, jeszcze bardziej niż zwykle, oczy miał podkrążone a usta sine. Jego tlenione
włosy były rozrzucone na poduszce, a kilka niesfornych kosmyków opadała mu na
oczy. ,,To było urocze. Nawet w takim stanie wyglądał pięknie… Merlinie! Ja tak
wcale nie myślę! Fakt, faktem może i jest przystojny, ale nie jest w moim
typie." Delikatnie odgarnęła niesforne blond kosmyki włosów z jego czoła i
zauważyła, że nadal ma bandaż na głowie i opatrunek nad lewym łukiem brwiowym. Do rąk
miał przyklejonych kilka plastrów, a prawy nadgarstek miał zabandażowany.
Dostrzegła, że na stoliku obok łóżka leży diagnoza pacjenta i wyniki badań
magicznych. Zaczęła więc czytać. Pisało, że Malfoy ma drobne zadrapania i
siniaki na plecach, rękach i nogach, głęboką ranę nad lewym łukiem brwiowym
prawdopodobnie spowodowaną upadkiem na ostry kamień. Ma także zwichnięty
nadgarstek, skręconą kostkę oraz ciemne wzory na klatce piersiowej,
przypominające odgałęzienia drzew, które wychodzą z czarnej rany w okolicach
serca. Dopisane było, że ciągle się powiększa, a w nawiasie były podane trzy
uroki, które mógł rzucić ten śmierciożerca na ślizgona. Przestraszona zakryła dłonią twarz
żeby, nie zaszlochać, gdy przeczytała na samym dole strony nabazgrane dwa zdania: ,,Nie wiadomo czy istnieje lek na ten urok. Nie wiadomo czy jest to
uleczalna choroba…” Była przerażona. Przepisała zaklęcia na
kartkę i odłożyła papiery na stolik.
- Nie mam zamiaru siedzieć
bezczynnie i czekać, aż on…on….. z mojej winy…. Nie! To wszystko stało się
przeze mnie. On mnie uratował, to teraz ja uratuję jego.- powiedziawszy to
wstała i wyszła ze skrzydła szpitalnego. Nawet nie zauważyła, że ktoś był
tam i ją obserwował.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hyhyhy macie rozdział :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz