czwartek, 4 lutego 2016

Rozdział 6




   Hermiona obudziła się w skrzydle szpitalnym. Otworzyła oczy, ale oślepiona jasnością jaka emanowała w pomieszczeniu, od razu je zamknęła. Mrugała jeszcze chwilę aż przyzwyczaiła się do bieli i promieni słonecznych za oknem.
-Co jest? Gdzie ja jestem?- pomyślała gryfonka. Próbowała usiąść, ale zaczęła ją strasznie boleć głowa i ramiona. Widząc poczynania dziewczyny, pani Pomefry szybko do niej podeszła.
-Dziecko drogie, nie wstawaj, teraz musisz dużo odpoczywać.
-Co się stało? Dlaczego leżę w skrzydle szpitalnym? I czemu tak strasznie boli mnie głowa?!- przez to że krzyknęłam jeszcze bardziej mnie wszystko boli. Pięknie!- pomyślała i westchnęła z bezsilności.
-Nie pamięta…..- powiedziała pod nosem pielęgniarka- Drogie dziecko, śmierciożercy napadli na Hogesmed. Wyrządzili wiele szkód, niszczyli wszystko co znaleźli na swojej drodze. Zabijali wszystkich czarodziejów pół krwi i tych nieczystej krwi, albo rzucali jakieś paskudne uroki czarno magiczne.- Westchnęła i rozejrzała się po szpitalu. Prawie wszystkie łóżka były zajęte.- Jesteś tutaj za sprawą aurorów którzy zjawili się w wiosce zaraz po tym jak śmierciożercy zniknęli zostawiając za sobą mroczny znak.- kobietę przeszedł dreszcz obrzydzenia i pomogła Hermionie usiąść- Aurorzy przenieśli wszystkich uczniów do zamku na szczęście wszyscy żyją. Niektórzy są tylko poobijani tak jak ty, niektórzy dostali jakąś klątwą- tym zajmuje się profesor Snape i profesor McGonagall, a kilka osób oberwało urokami czarno magicznymi- mówiąc to pielęgniarka przeniosła wzrok na łóżko obok posłania Hermiony. Leżał na nim Draco. Miał bandaż na głowie i był cały siny. Hermiona się wystraszyła i zapytała
-Co się z nim stało? Czy on z tego wyjdzie?- Merlinie czemu ja się o niego martwię?! A co jak to coś poważnego?
- Z tego co wiem to osłonił cię przed zaklęciem i trafiło w niego. Nie wiem czy z tego wyjdzie, jego stan jest bardzo ciężki…- pelęgniarka uśmiechnęła się ponuro i odeszła, a Hermiona zaczęła sobie wszystko przypominać. ,,To wszystko przeze mnie…to we mnie miało trafić to zaklęcie….a co jak on z tego nie wyjdzie….O Godryku!"- pomyślała i zakryła ręką usta, a po jej policzku potoczyła się samotna łza.
   Dziewczyna po kilku dniach wyszła ze skrzydła szpitalnego. Wszystkie rany się zagoiły i głowa już jej nie bolała, ale mimo to dziewczyna nie czuła się dobrze. Cały czas dręczyły ją wyrzuty sumienia i niepokój. Całe dnie chodziła smutna i zamyślona i nic nie poprawiało jej humoru. Nikt nie wiedział co się z nią dzieje. Jadła mało, ciągle siedziała w swoim dormitorium, przestała się zgłaszać na lekcjach i z nikim nie rozmawiała, chyba, że z nauczycielem, gdy o coś pytał, co rzadko się zdarzało.
***
  Schodziła właśnie do Wielkiej Sali na śniadanie. Lekcje zostały odwołane do końca tygodnia z powodu pobytu dużej ilości uczniów w skrzydle szpitalnym. Minął tydzień odkąd wyszła ze szpitala. ,,Ciekawe czy Malfoy już się obudził? A co jak już się nigdy nie obudzi? Albo co gorsza… nie, nie mogę myśleć w ten sposób, muszę myśleć pozytywnie. Tak. Niebawem się obudzi i wszystko będzie tak jak przedtem… a jeśli nie…? Co jeśli straci pamięć, albo na coś zachoruje? O Godryku, to wszystko moja wina!- Hermionę nawiedzały złe myśli na temat stanu zdrowia ślizgona. Szła i rozmyślała nawet nie zauważając kiedy usiadła przy stole pomiędzy Ginny i Ronem. Naprzeciwko niej siedział Harry.
    Panowała napięta atmosfera, ale Ron chyba nie zdawał sobie z tego sprawy i jakby nigdy nic jadł płatki jak to zawsze miał w zwyczaju był przy tym bardzo ,,kulturalny” i czytał proroka codziennego, co chwila coś komentując. Już dawno zapomniała o tym, że jej chłopak nic sobie nie robi z tego, że wszyscy zachowują się inaczej niż zwykle i robi to co mu się podoba. Za to Chłopiec-Który-Przeżył nawet nie spojrzał na Ginny, która z uwagą wpatrywała się w swój pusty talerz. ,,Co im się stało? Przecież zawsze chodzili tacy uśmiechnięci i uśmiechnięci…. Chociaż... Na Merlina, jak mogła zapomnieć! Wtedy kiedy Malfoy'a odurzył eliksir miłosny, widziała jak Ginny kłóciła się z Harrym, walnęła go w twarz i cała zapłakana uciekła w stronę wieży Gryffindoru. Przez Malfoy'a i jego przymilanie się kompletnie olała swoich przyjaciół i chłopaka, a teraz jeszcze ma wyrzuty sumienia, że dostał tym urokiem chroniąc ją. ,,Odwiedzę go po śniadaniu i zobaczę czy się obudził, a wieczorem zaproszę do siebie Ginny żeby pogadać"- w tym momencie jej rozmyślania przerwało pytanie Harry’ego:
-Miona czemu nic nie jesz? Siedzisz i nawet nie mrugasz. Coś się stało? Ciągle chodzisz jakaś taka przygnębiona. Czy to z powodu tego napadu na Hogesmeed?- on ma rację, muszę coś zjeść i przestać się tym wszystkim tak przejmować. Nałożyłam sobie na talerz dwa tosty i zaczęłam je smarować dżemem.
-Tak, ciągle się martwię o wszystkich rannych, o to że może być jeszcze gorzej niż wtedy w Hogesmeed, o OWTM-y… to już mnie chyba zaczyna przerastać.
-Nie martw się wszystko będzie dobrze- odezwała się Ginni i przytuliła przyjaciółkę.
-Mam taką nadzieję.
***
   Po śniadaniu gryfonka poszła do skrzydła szpitalnego. Gdy stanęła przed wielkimi drzwiami i chciała już zapukać, na myśl nasunęło jej się pytanie: A co jak mnie nie wpuszczą? Westchnęła i zapukała. Po chwili ciszy uznała, że chyba może wejść, więc otworzyła powoli wielkie, ciężkie drzwi i weszła do środka.
   W Sali było cicho, a wszystkie posłania były oddzielone od siebie parawanami. ,,Pewnie jeszcze śpią"- pomyślała i wolnym krokiem zaczęła iść w stronę ostatnich łóżek po lewej stronie. Malfoy leżał na ostatnim, przy oknie. Delikatnie odsunęła zasłonkę i zasunęła ją za sobą gdy usiadła na małym krzesełku przy posłaniu chłopaka.
   Przeraził ją jego widok. Był strasznie blady, jeszcze bardziej niż zwykle, oczy miał podkrążone a usta sine. Jego tlenione włosy były rozrzucone na poduszce, a kilka niesfornych kosmyków opadała mu na oczy. ,,To było urocze. Nawet w takim stanie wyglądał pięknie… Merlinie! Ja tak wcale nie myślę! Fakt, faktem może i jest przystojny, ale nie jest w moim typie." Delikatnie odgarnęła niesforne blond kosmyki włosów z jego czoła i zauważyła, że nadal ma bandaż na głowie i opatrunek nad lewym łukiem brwiowym. Do rąk miał przyklejonych kilka plastrów, a prawy nadgarstek miał zabandażowany. Dostrzegła, że na stoliku obok łóżka leży diagnoza pacjenta i wyniki badań magicznych. Zaczęła więc czytać. Pisało, że Malfoy ma drobne zadrapania i siniaki na plecach, rękach i nogach, głęboką ranę nad lewym łukiem brwiowym prawdopodobnie spowodowaną upadkiem na ostry kamień. Ma także zwichnięty nadgarstek, skręconą kostkę oraz ciemne wzory na klatce piersiowej, przypominające odgałęzienia drzew, które wychodzą z czarnej rany w okolicach serca. Dopisane było, że ciągle się powiększa, a w nawiasie były podane trzy uroki, które mógł rzucić ten śmierciożerca na ślizgona. Przestraszona zakryła dłonią twarz żeby, nie zaszlochać, gdy przeczytała na samym dole strony nabazgrane dwa zdania: ,,Nie wiadomo czy istnieje lek na ten urok. Nie wiadomo czy jest to uleczalna choroba…”  Była przerażona. Przepisała zaklęcia na kartkę i odłożyła papiery na stolik.
- Nie mam zamiaru siedzieć bezczynnie i czekać, aż on…on….. z mojej winy…. Nie! To wszystko stało się przeze mnie. On mnie uratował, to teraz ja uratuję jego.- powiedziawszy to wstała i wyszła ze skrzydła szpitalnego. Nawet nie zauważyła, że ktoś był tam i ją obserwował.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 Hyhyhy macie rozdział :)
Pozdrawiam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz